Można skutecznie zastąpić mleko krowie roślinnym, łatwo znaleźć imitację mięsa czy twarogu, nietrudno zlepić ciastka albo kotlety płatkami owsianymi zamiast jajem, ale ubite na sztywno białka?
Są tacy którzy twierdzą, że się nie da (np.
puszka.pl, wiem, bo robiłam
risercz).
Ja mówię, że jak nie drzwiami, to oknem.
Swoją drogą - za niewegańskich czasów omlety nie gościły zbyt często na moim stole.
Powód? Zapach. Brrrr...
Siłą rzeczy TEN omlet nie pachnie jajkiem; i problem rozwiązany :)
Więc co z tą pianą z białek?
Nie da się? Świetnie, trochę gimnastyki jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Zastanówmy się, gdzie w bogatym zasobie wegańskich produktów mamy jakiś - za przeproszeniem - ciągnący się glut? Rozgnieciony banan? Nieee... Mleko sojowe rozbełtane z czymś? Też nie.
Zaraz zaraz... siemię lniane! Najprostszy na świecie, pospolity z nazwy glut z siemienia.
I tak oto - w wyniku eksperymentu - powstał przepis na delikatny, naprawdę puszysty wegański omlet.
 |
| tu była Matka Weganka |
Chociaż, przyznaję się bez bicia, chciałam jeszcze bardziej puchaty, chciałam sztywniejszą pianę... takie tam perfekcjonistyczne zachcianki.
Mam zamiar eksperymentować dalej, na razie wsparłam się jeszcze łyżeczką proszku do pieczenia, dla pewności.
Zostawiam Was z przepisem na Puchacza, róbcie i ulepszajcie po swojemu.
Enjoy!
Btw, The Wiggly Tendrils jak ulał pasują do podrygiwania przy patelni, polecam.
Puchacz - delikatny omlet wegański
Składniki:
- 5 łyżek siemienia lnianego
- szklanka wody
- 5-6 łyżek mąki pszennej
- 2 łyżki mąki kukurydzianej (głównie dla koloru, można dać mąkę pszenną)
- 3-4 łyżki mleka roślinnego
- 2 łyżki oleju roślinnego
- łyżeczka proszku do pieczenia
- szczypta soli
- cukier puder lub syrop z agawy
- dowolne owoce, dżem (w wersji na słono np. zblanszowany szpinak)
Robimy:
Siemię lniane gotujemy w szklance wody, czekamy aż całość zacznie bulgotać, a w granku wytworzy nam się siemieniowe "białko jaja".
Siemię odcedzamy na sitku, a powstałego gluta mieszamy, schładzając go do temperatury pokojowej. Wkładamy podstawę naszego omletu do lodówki i w tym czasie tańczymy/ zmywamy naczynia/ robimy jedno i drugie.
Po ok. dziesięciu minutach nasze białko powinno być schłodzone, a naczynia pozmywane.
Przygotowujemy sprzęt ubijajacy (używam blendera z odpowiednią końcówką, mikser też jest ok) i przystępujemy do akcji: ubijamy wywar z siemienia, bez względu na to jak bardzo lub niebardzo nam się pieni (chociaż odrobinę powinien), dodajemy mąkę po jednej łyżce i wciąż ubijamy.
Dodajemy mleko, ubiajmy.
Dodajemy olej, ubijamy.
Dodajemy proszek i sól... tak, ubijamy.
Powinna powstać lekka, napowietrzona masa, nieco ciągnąca się, dosyć luźna.
Rozgrzewamy patelnię, wylewamy na ną trochę oleju (można ten krok pominąć, jeśli nie chcecie mieć tych cudownie chrupiących brzegów), a następnie rozlewamy równomiernie naszą masę. Już po chwili omlet się zetnie i nieco urośnie, teraz zmniejszamy trochę gaz, dając mu moment na przypieczenie się.
Przewracamy Puchacza, teraz już tylko sekundy dzielą nas od zatopienia zębów w cudownie miękkim omlecim bycie, próbujemy wytrzymać i nie podskubywać brzegów, przygotowujemy dżem lub inne smarowidło (u mnie śliwki na ciepło; dzięki W.!), zdejmujemy gagatka z patelni, staramy się nie rozpłakać ze wzruszenia, posypujemy cukrem pudrem i...
Smacznego!
PS. Przepis w skrócie:
1) robimy wywar z siemienia
2) z przestudzonym, wstępnie ubitym wywarem łączymy wszystkie składniki, ubijamy
3) smażymy i zajadamy
Proste? :)